a wczoraj wyszłam z terapii z oczami pełnymi łez i kołaczącą się w głowie myślą-pętelką "nie chcę nad tym pracować, to za trudne, za bardzo boli". stety albo i niestety mam kolejne dwa tygodnie na albo rozpętlenie albo zapętlenie. się. mam nadzieję, że będzie to ostatnia taka przerwa w terapii, wypadnięcie z jej rytmu zdecydowanie robi mi krzywdę. wczoraj też zdecydowałam się rozjaśnić sytuację z mojej strony, wyłożyłam wszystkie karty na stół, odsłoniłam, postanowiłam nie szukać trupów w szafach, poluzować, odpuścić, przestać się szarpać i spróbować uwierzyć, że naprawdę nie ma o co. a wewnętrznie wczoraj wpadłam w wielką czarną dziurę przeszłości. głeboki smutek i płacz. jak w żałobie. nad którą nie chcę pracować - na dziś, może za dwa tygodnie zmienię zdanie.
a dziś (które jest jutrzejszym wczoraj) piekę chleb i bułki, robię pranie, łapię się ratunkowo zwykłych codziennych czynności, żeby utrzymać się choć trochę na powierzchni.